Monocentropus balfouri: niebieski klejnot z wyspy smoków
Są gatunki, które człowiek widzi po raz pierwszy i po prostu nie wierzy własnym oczom. Monocentropus balfouri to jeden z nich. Kiedy dorosły samiec siedzi w terrarium i oświetlasz go lampką, dostajesz widok tak absurdalnie niebieski, że chwilę zajmuje oswojenie wzroku. Nie, nikt nie malował. To po prostu ten pająk.
Endemit z wyspy końca świata
Sokotra brzmi jak nazwa z powieści fantasy i trochę nią jest. Wyspa leży między Półwyspem Arabskim a Afryką Wschodnią, należy do Jemenu, choć geograficznie bywa przypisywana do Afryki. Jej krajobraz, pełen monstrualnych drzew smoczej krwi (Dracaena) rosnących w kształtach rodem z innej planety oraz gęstych sukulentów, wygląda jak ilustracja do powieści science-fiction. M. balfouri żyje wyłącznie tutaj, na tym archipelagu czterech wysp, i nigdzie indziej na Ziemi. Endemizm rzadziej bywa tak absolutny.
Miejscowi od pokoleń powtarzają, że ukąszenie tego pająka potrafi zabić wielbłąda. To mit, i to grubymi nićmi szyty. Prawda jest taka, że ukąszenie człowieka skutkuje opuchniętą ręką i kilkoma nieprzyjemnymi dniami. Dolegliwe, nie śmiertelne. Legenda jednak piękna.
Wygląd
Dorosła samica dorasta do sześciu centymetrów i trudno ją z czymkolwiek pomylić. Nogi niebieskie intensywnie, karapaks kremowy albo z wyraźnymi niebieskimi iryzacjami, odwłok kremowy, kształtem trochę przypominający kiwi. Nawet szczecinka na ciele jest niebieska. Ponieważ to gatunek Starego Świata, urticating hairs nie istnieją, więc całą tę urodę można podziwiać bez ryzyka wysypki.
Samce to jednak osobna liga. Młody, świeżo dojrzały samiec ma odnóża w błękicie tak piorunującym, że ciężko w to uwierzyć. Uda kremowe, reszta nóg intensywna jak neon. Samica jest piękna, ale stonowana. Z wiekiem nabiera coraz więcej koloru, jednak nigdy nie osiąga intensywności samca. Starsze samce z kolei tracą część blasku, więc po kolorze nóg można orientacyjnie ocenić wiek osobnika. Samce są też wyraźnie mniejsze od samic, co szczególnie widać podczas kopulacji.
Hodowcy zauważają jeszcze jedną ciekawostkę: zmienność barwna karapaksa jest realna i niezależna od wieku ani rozmiaru. Część samic ma karapaks jednolicie kremowy, inne wykazują wyraźne niebieskie refleksy. Obie formy współistnieją spokojnie w tej samej hodowli.
W terrarium
Tutaj zaczyna się to, co odróżnia M. balfouri od praktycznie całej reszty ptasznikowego świata: ten gatunek można trzymać w grupie. Prawdziwej grupie, bez przegród, bez separatorów. Kilkanaście lub więcej osobników w jednym pojemniku, bez kanibalizmu, bez dramatu. Całe terrarium pokrywa się gęstym dywanem pajęczyny naszpikowanym dziurkami, pod którym kolonia zbija się razem. Obserwowanie tego jest atrakcją samą w sobie i powodem, dla którego wielu hodowców zakłada takie grupówki.
Podłoże sprawdza się luźne włókno kokosowe albo torf zmieszany z wiórkami kokosowymi, bo pająk lubi kopać i regularnie przeorganizowuje teren. Bogatej aranżacji nie warto budować. Korek jako kryjówka, kilka kawałków kory i gotowe.
Temperatura dzienna powinna mieścić się w przedziale 25 do 28 stopni Celsjusza, nocą może spokojnie spaść o kilka stopni. Wilgotność oscyluje między 65 a 90 procentami, jednak dorosłe osobniki tolerują warunki wyraźnie suche i nie potrzebują stale wilgotnego podłoża. Jest jeden wyjątek: okres przed wylinką. Brak dostępu do wody w tym czasie potrafi doprowadzić do poważnych problemów z linieniem. Naczynie z wodą nie jest obowiązkowe na co dzień, lecz przedwylinkowo staje się koniecznością.
Młodsze osobniki wymagają wyraźnie wyższej wilgotności niż dorosłe, bardziej jak gatunki południowoamerykańskie. Przy hodowli komunalnej kluczem jest karmienie w odpowiedniej ilości. Gdy pokarmu brakuje, ryzyko kanibalizmu rośnie. Karaczany różnych rozmiarów zdają egzamin, choć warto pilnować, żeby zbyt duże nie zatykały wejść do norek.
Temperament i trudność hodowli
M. balfouri to pająk szybki i sprawny. Kiedy chce uciec, ucieka skutecznie, co potwierdzą hodowcy, którzy doświadczyli eskapady z tymczasowego pojemnika. Agresja jest jednak wyjątkiem, nie regułą. Ten ptasznik zdecydowanie woli uciekać niż kąsać, co sprawia, że wielu doświadczonych hodowców poleca go jako pierwsze bardziej jadowite zwierzę dla osób chcących wyjść poza łagodne gatunki z Ameryk.
Silna jadowitość pozostaje faktem i wymaga szacunku, szczególnie przy przeprowadzkach między terrariami. Gatunek potrafi przyjąć pozycję obronną i strydulować, czyli wydawać charakterystyczny syczący dźwięk. Nie atakuje odruchowo, ale daje znać, że wolałby spokój.
Samice żyją nawet piętnaście lat i są wyjątkowo opiekuńczymi matkami. Po wyjściu młodych z kokonu polują na ofiary i trzymają je pod sobą, podczas gdy nimfy zwisają jak kiść winogron. Jest jedna nieintuicyjna zasada przy rozmnażaniu: samica z samcem w terrarium nie złoży kokonu. Dopiero po jego wyjęciu instynkt macierzyński uruchamia się szybko. Lęg liczy zazwyczaj od 40 do 50 młodych, które od pierwszych chwil egzystują komunalnie.
Na rynku terrariowym gatunek jest popularny i dostępny w rozsądnych cenach. Przy takiej urodzie, unikatowym zachowaniu grupowym i stosunkowo spokojnym temperamencie M. balfouri to jeden z najciekawszych wyborów zarówno dla doświadczonego hodowcy, jak i dla kogoś, kto szuka czegoś więcej niż przeciętna kolekcja.
Monocentropus balfouri. Rodzina: Theraphosidae. Zasięg: endemit archipelagu Sokotra (Jemen).